Od Hakaii
Kolejny dzień, gdy nie mam zupełnie nic w pysku - wzdłuż horyzontu rozciągają się plantacje drzew bogate w pokarm, a mimo to wśród pni nie widać żywego ducha. "Choćby myszkę, błagam" - moje prośby nie zostają jednak wysłuchane. Po wielogodzinnym marszu nie potrafię utrzymać się na łapach. Opadam na ziemię zmoczoną porannym deszczem, brudzę swoje brunatne futro błotem i zasypiam, jak gdyby nigdy nic. *** Budzi mnie blask wschodzącego słońca, który zdradziecko wdziera się w szpary uchylonych powiek. Czuję się wypoczęta, aczkolwiek wciąż głodna. W końcu tydzień bez jedzenia to nie przelewki - skrzydła zaczną po pewnym czasie odmawiać posłuszeństwie tak jak reszta ciała i śmierć gwarantowana. Jakby tego było mało mam dopiero trzy lata i kawał życia jeszcze przede mną; śmierć głodowa pokrzyżowałaby mi ambitne plany zostania szamanką w jakiejś watasze. Oślepiający blask staje się nie do zniesienia, więc wstaję - jak mus to mus. Rozglądam się po okolicy, badając zapachy w powietrzu - nic niepokojącego. W świetle budzącego się słońca roślinność ma kolor burguntowy. Czerwony dywan rozłożony na lessowej glebie - cudownie. Wśród pobliskiego lasu cienie tańczą z ptakami, których pisklęta wyglądają zza krawędzi gniazd, wzywając do siebie wciąż zaspanych rodziców. Wytężam wzrok, źrenice się rozszerzają, nos zaczyna wariować na końcu pyska, ciągnąc mnie w stronę kilku niewielkich jezior w dolinie pod miejscem, gdzie raczyłam uciąć sobie drzemkę. Śpieszę w wyznaczone przez węch miejsce. Gdy docieram...moim oczom ukazuje się widok jak z bajki - Tęczowy Wodospad, a wokół niego mnóstwo zwierząt: sarny, jelenie, ptaki, dziki, myszy. Tylko Bóg może wiedzieć ile tam tego wszystkiego jest. Wzlatuję ponad chmury, kiedy dochodzę do siebie po nieziemskim przedstawieniu. Decyduję się na małe polowanie. Moją specjalnością jest atak z powietrza; ową umiejętność nabyłam, przyglądając się polującym sokołom. Namierzam ofiarę - młodego jelonka stojącego z dala od stada. Cel idealny. Rozpoczynam atak głośnym rykiem, po którym następuje seria ogłuszających uderzeń kulami trującego gazu. Co dziwne - żadna nie trafia mojej niedoszłej zdobyczy, która pędem rusza pomiędzy drzewa. Mam jednak szansę - dystans, jaki ssak ma do pokonania jest na tyle duży, bym zdążyła zapikować i zdobyć to, na co zasługuję. Kilka machnięć skrzydłami i pokonuję wystarczającą odległość, by rozpocząć atak. Składam skrzydła wzdłuż ciała, rozpościeram pióra na ogonie, próbując zachować równowagę. Szybko pochylam łeb, kierując tym samym ciało na jelonka. Osiągam prędkość podchodzącą pod sto kilometrów na godzinę i otwieram paszczę. Niesamowita siła uderza mój ogon, tracę równowagę w dwie sekundy przed całkowitym sukcesem dopadnięcia jelenia i padam na ziemi jak długa. Czuje zimno na sierści. Warczę na stojącą w cieniu postać i nawet nie zwracam uwagi na tę pochylającą się tuż nade mną. Dlaczego? Bo to schowany napastnik jest szefem czarnego, skrzydlatego wilka, który świetnie włada wodą. Wykorzystał swoją moc, by zakneblować moje ciało - błąd. Nabieram powietrza. Potężny wydech wypycha z moich płuc gorącą parę wodną. Wodę pozyskałam wchłaniając tę, która podobno miała mnie powstrzymać. Ma się ten talent. Gwałtownie wzbijam się w powietrze, po drodze sycząc na napastnika. Jak to określała moja mama: "Twoje imię powinno brzmieć Raptus", co oznacza nagły, szybki, gwałtowny. Nie zdążam nawet wzlecieć na 50 metrów, kolejna niewyobrażalna siła powala mnie na ziemię, na której ląduję z hukiem uderzenia pioruna. Patrzę na lądującego wilka. Na reszcie dostrzegam również szefa - biało-niebieska wadera z szyją pokrytą granatowymi, chabrowymi, lazurowymi i bóg wie jakimi jeszcze pawimi piórami. Szafirowe pręgi na barkach dopełniają całą kompozycję, zaś dwie długie granatowe wstęgi dodają jako takiego uroku całej postaci wilczycy. Jej długie pazury, oczywiście cyjanowe, ryją ziemię, nie zważając na duże kamienie. -Kim jesteś? - pyta spokojnie...w miarę spokojnie. Patrzę wprost w jej duże, niebieskie oczy, kątem oka zauważając nerwowe ruchy długich uszu samicy. Wcześniej unosząc głowę, teraz powoli ją opuszczam z łobuzerskim uśmiechem na twarzy. Nie mówię nic. - Kim jesteś? - samica pyta ponownie, tym razem znacznie głośniej i niecierpliwie. -Wilkiem - odpowiadam z głośnym śmiechem, tracąc z pyska śmiertelne, trujące wyziewy w purpurowym kolorze. Pokładam się na ziemi, wypychając powietrze z płuc. -Milcz! - warczy czarne ptaszysko, które podobno miało być wilkiem. Patrzę na basiora z rozbawieniem. -Boooo? - przeciągam samogłoskę, by podkreślić swoją dezaprobatę i lekceważący stosunek do wilczura, oczywiście wciąż wijąc się na ziemi w przedśmiertnych konwulsjach. Basior już chce mnie zdzielić, unosi łapę, gdy biała wilczyca go powstrzymuje. -Co cię tu sprowadza? - chwilę się zastanawiam, po czym otrzepuję ciało z piachu i pyłu, cicho parskając. -Wiatr - spoglądam na swoje skrzydła, posyłając czarnemu wilkowi znaczące spojrzenie. "Kiedyś się pościgamy" - myślę, unosząc brew z szyderczym uśmieszkiem na pysku. -Chcesz zostać? - pyta Alfa, jak mniemam. Patrzę na nią podejrzliwie, a obok słyszę duszącego się basiora. Odwracam łeb w jego stronę z niedowierzaniem, które chcąc nie chcąc musiało się w końcu wymalować na pysku. -Czemu nie - odpowiadam szybko, wzlatując ku puszystym, bladożółtym chmurom. - Szamanka! - krzyczę do samicy, która zrozumiała mnie doskonale i potakująco kiwa głową. Skręcam, wyrównując lot na pułapie około 200 metrów. Wreszcie wolna, wreszcie w wolna, ale w towarzystwie. "Mamo... Jesteś dumna?" - pytam, a po niedługiej chwili unoszę kąciki ust, bo słyszę odpowiedź: krótkie, znaczące TAK. | |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz